Szczypty refleksji

Refleksje

Kochani, tutaj będę wrzucać moje spostrzeżenia, myśli, uwagi, refleksje, a czasem nawet jakiś przepis.

Któż, jeśli nie Ty?

 

Któż, jeśli nie Ty, jesteś twórcą swo­jego życia. Uczymy się robić to świa­do­mie, akty­wu­jąc siłę woli i ją dosko­na­ląc. Stajemy się wów­czas ducho­wymi wojownikami.

Każdy czło­wiek ma siłę woli, lecz nie każdy używa jej świa­do­mie. Życie takiej osoby, ste­ro­wane jest wów­czas przez pod­świa­do­mość (strach i cier­pie­nie) lub przez osoby i siły z oto­cze­nia i jest polem roz­gry­wek tych sił.

Warunki w jakich żyjemy są nasze, myśmy je wybrali. Uczmy się i dosko­nalmy swoją świa­do­mość i kie­rujmy myśli zawsze ku świa­tłu i przy­szło­ści. Pozwólmy sobie, tak kształ­to­wać swoje życie, aby cuda zda­rzały się na co dzień. Aby kon­cen­tra­cja na swej sile woli była klu­czem do naszego suk­cesu i szczę­śli­wego życia.

Paradoks chwili — im więk­sza potrzeba prze­miany, wię­cej w nas świa­tła, dosko­na­ło­ści -  tym doty­kamy ciem­niej­szych głę­bin, dozna­jemy więk­szego oporu. Cokolwiek będzie się działo, nie ule­gajmy cie­niom i mro­kom.  Dbajmy o rów­no­wagę j har­mo­nię swo­jego wnę­trza, ponie­waż to my pod­no­simy lub obni­żamy ener­gię oto­cze­nia. Uszlachetniajmy swą teraź­niej­szość myślami, uczu­ciami, ser­cem. Uczmy się być coraz silniejszymi.

Potrzeba chwili — dociera do nas ener­gia, która leczy lub daje cho­robę. Zależy to od naszego prze­bu­dze­nia i uwol­nie­nia z wzor­ców nie­do­sko­na­ło­ści. Pracując świa­do­mie ze swoją siłą woli, ze swoją ener­gią, dosko­na­ląc się i łącząc z magne­ty­zmem ziemi i miło­ścią, two­rzymy sami z sie­bie, we wła­ści­wym cza­sie i wła­ści­wym miej­scu, miej­sca szczę­śliwe dla sie­bie. Liczy się bowiem chwila obecna, żyjemy tu i teraz.

Cokolwiek czy­nisz, czyń z potrzeby serca i kie­ruj się miło­ścią, wspo­maga Cię wów­czas potężny prąd energii.

Pozdrawiam Kochani Świą­tecz­nie! Bawcie się prze­peł­nieni Miłością i oto­czeni Świa­tłem, hej!

 

Jeszcze słów parę…

 

Przypominam, pro­szę uwa­żaj­cie z koń­cze­niem na smaku słod­kim! Jest dojo, tak łatwo prze­wa­lić z tym sma­kiem. Po paru dniach, potrawy ponow­nie koń­czymy na smaku ostrym i kon­tro­lu­jemy nasz ape­tyt. No i pil­nu­jemy krą­że­nia, czyli ruch i jesz­cze raz ruch. Podobnie z kilerką — teraz w cza­sie dojo — sto­su­jemy ją jedy­nie  w sytu­acjach koniecz­nych, tj. brak ape­tytu, suchy kaszel prze­dłu­ża­jący się. Czyli śle­dziona zimna i słaba. Wówczas możemy wypi­jać ją przez 2,3 dni, a potem już tylko pil­no­wać wła­ści­wych posiłków.

Teraz, gdy prze­ta­cza się przez ludzi lawina scho­rzeń, dole­gli­wo­ści, widać jak na dłoni, że więk­szość z nich poja­wiła się naprawdę z bła­hych powo­dów. Oczywiście prym wie­dzie zimno, któ­remu dajemy codzienne przy­zwo­le­nie na nisz­cze­nie sie­bie i swych dzieci. Tę wła­sną głu­potę i brak roz­sądku nazy­wamy har­to­wa­niem i dys­cy­pli­no­wa­niem rodziny i sie­bie. Tak, można, ale mądrze!

A co jeść wła­śnie teraz? Ten tłu­sty czwar­tek w cza­sie dojo to oczy­wi­ście lekka prze­sada, jakaś iro­nia losu? Mimo wszystko, jestem pewna, że przy odro­bi­nie roz­sądku damy radę onemu pączu­siowi, hej! :)

Po za tym, za wszelką cenę pamię­tamy, aby nie dowa­lać już sobie głu­po­tami. Posiłki wszyst­kie goto­wane, cytryny ciut wię­cej, przy­praw tyle, aby było strawne. Pilnujemy cie­pła, a dla ruchu kupu­jemy wresz­cie drabinki!

 

 

Ach ten styczeń!

 

Styczeń potur­lał nas dokład­nie, poobi­jał. Dlaczego, czy aż tak naroz­ra­bia­li­śmy? Poniekąd… Wiele czyn­ni­ków nawar­stwiło się i spię­trzyło wła­śnie teraz, tą zimową, ciemną porą. A wszystko wal­nęło w bar­dzo już zmę­czoną — o tej porze roku — wątrobę/drzewo.

W tym jej mozole — odpo­wiada za krą­że­nie, prze­mianę mate­rii, oczyszczanie/odtruwanie, tkankę łączną, przy­kur­cze mię­śniowe, jakość tkanki ner­wo­wej i spraw­ność jej pro­ce­sów (w tym praca mózgu) — powinny wątrobę dziel­nie wspie­rać i osier­dzie (krążenie/seks), i śle­dziona (dająca sub­stan­cję, dobre zako­rze­nie­nie) oraz nerki (nawil­ża­jąc ją właściwie/krew). Niestety, osier­dzie zanie­dbane, bo latem raczej się schła­dza­li­śmy, a ruszać nam się nie chce, zaś śle­dziona ma bar­dzo trudny czas poświą­teczny i nie tylko… O ner­kach naj­czę­ściej w ogóle zapo­mi­namy, a tak pro­szą o troskę.

Możemy więc odczu­wać w stycz­niu cał­kiem nowe dole­gli­wo­ści, ale mogą się też nasi­lać bóle artre­tyczne, a bar­dzo czę­sto nie­roz­po­znana, nie­winna zadyma krą­że­niowa koń­czy się szpi­ta­lem, koro­na­ro­gra­fią, niby zawa­łem — a to tylko/aż — płuca nie­wy­dolne i pro­blem krążeniowy.

Najbardziej nie­winne, ale dokucz­liwe to: brak ape­tytu, mdło­ści a nawet wymioty, nie sma­kuje kawa! wzdę­cia, zapar­cia, ocię­ża­łość, nogi jak z oło­wiu (trud­no­ści w cho­dze­niu po scho­dach), opu­chli­zna, sen­ność, otę­pie­nie. Mogą poja­wić się bóle gar­dła, pro­blemy płucne, słaby/płytki oddech, bóle w klatce pier­sio­wej, dusz­ność, kaszel, astma, zaostrze­nie łusz­czycy, AZS.

Ten kocio­kwik ener­ge­tyczny nawar­stwia się i spię­trza już czas jakiś, mamiąc nas powro­tami dobrego samo­po­czu­cia, by osta­tecz­nie ubez­wła­sno­wol­nić bólem i nie­mocą. I to po nie­win­nym małym co nieco np. kolejne prze­mar­z­nię­cie, kolejne cia­cho, ryba, na którą mie­li­śmy wielką ochotę, zimówkę zro­bię jutro…  Ostatecznie osła­bie­nie narzą­dów, śluz i zimno blo­kują krą­że­nie ener­gii, która od tego momentu idzie tylko w górę, zapo­mi­na­jąc o dotar­ciu do stóp, No i poja­wiają się sen­sa­cje, np. u dzieci bar­dzo wysoka gorączka, u sta­rych bez­na­dziejna nie­moc, gorycz. Jak sobie pomóc?

Śle­dziona — łak­nie­nie sło­dy­czy potę­guje zaślu­zo­wa­nie, brak ape­tytu potę­guje suchość (nie ma esen­cji) — włą­czamy więc kilerkę, 2–3 razy dzien­nie po 3/4 szklanki. Pijemy mię­dzy 11–13 przed posił­kiem i mię­dzy 17–18, ewen­tu­al­nie rano po śnia­da­niu, parę łyków. Tak czy­nimy przez parę dni, obser­wu­jąc bacz­nie, jak zmie­niają się nasze odczu­cia sma­kowe. Kilerka ma być słuszna, czyli tęga, o dys­cy­pli­nie w żywie­niu nie wspo­mnę! Przypominam, że śle­dziona nie lubi też: prze­mę­cze­nia, sta­nia, stresu, myśle­nia, nauki/czytania, kom­pu­tera. Jest bar­dzo, bar­dzo kapry­śna. Zupy, dusze­niny koń­czymy na słod­kim, po uprzed­nim wła­ści­wym dosma­ko­wa­niu. Gdy sytu­acja się sta­bi­li­zuje, wra­camy do koń­cze­nia na ostrym.

Gdy wątroba trzesz­czy — skur­cze łydek i ZNN (zespół nie­spo­koj­nych nóg), spa­styka (sztyw­ność ciała), zły sen, zimne stopy, nad­wraż­li­wość emo­cjo­nalna, nasi­lone objawy auty­zmu, par­kin­so­ni­zmu i depre­sji połą­czo­nej z agre­sją i ata­kami paniki — dbamy o śle­dzionę (patrz wyżej), i po sto­kroć pil­nu­jemy cie­pła. Wielką sprawą jest zna­jo­mość i chęć sto­so­wa­nia aku­pre­sury, która jest abso­lutną pomocą w likwi­do­wa­niu bole­snych napięć. Uciskamy punkty na meri­dia­nie osier­dzia — na przed­ra­mie­niu 4, 5, 6 oraz punkt 8 na dłoni i punkt 9 na opuszce palca środ­ko­wego — poma­gają w odblo­ko­wa­niu krą­że­nia i roz­luź­niają. Również silne wyma­chy rąk lub ćwi­cze­nia przy dra­bince uak­tyw­niają ruch ener­gii w meri­dia­nach ele­mentu ognia, płuc i jelita gru­bego wła­śnie na ramio­nach i bar­kach;. Zaś przy ZNN i wszel­kich skur­czach oraz spa­styce bar­dzo pomocne jest uci­ska­nie (do skutku) punktu 3 na meri­dia­nie wątroby. Obowiązuje abso­lutny zakaz kwa­śnego, suro­wego i zim­nego, zaś bar­dzo pomaga miód, dając ciału roz­luź­nie­nie!! Przypominam, że wątro­bie bar­dzo szko­dzi stres i duży wysi­łek fizyczny. Konieczne jest, aby po takim wysiłku przy­jąć pozy­cję hory­zon­talną, by krew spły­nęła z mię­śni do wątroby. Zapominają o tym spor­towcy, ale my rów­nież wzbra­niamy się przed regu­lar­nym odpoczynkiem.

Na dogrza­nie nerek tylko zimówka i na wszelki spo­kój też. O dys­cy­pli­nie nie będę już przy­po­mi­nać :) Matki, żony i kochanki, dbaj­cie o te swoje nerki, warto! Krępująca dole­gli­wość — nie­trzy­ma­nie moczu — znik­nie, gdy dogrze­je­cie i dowar­to­ściu­je­cie ener­ge­tycz­nie nerki. Czyli to, co wyżej i zimówka.

A co jemy? To co należy, co możemy, na co mamy ochotę, tylko czę­ściej myślimy :)

 

 

Luz blues… ciąg dalszy rozważań — a w tle czarna rzepa czeka

 

Co zauwa­ży­łam ostat­nio? Otóż nasza emo­cjo­nal­ność (u wszyst­kich!) jest inna. Jest cienka, szkli­sta, nad­wraż­liwa, jest tuż, tuż, wystar­czy okru­szek i jest gotowa bić się, bro­nić, pysko­wać. Da się powścią­gać, ale musimy o tym pamię­tać, stale. I to nas iry­tuje. Bo się sta­ramy, dys­cy­pli­nu­jemy, a tu d..pa, znowu coś. A to boli głowa, a to boli  gar­dło, znów kaszel, wzdę­cie, źle się czuję, wysia­dły korzonki, jakaś wysypka!

Tak, to są skutki naszych nabz­dy­czeń z byle powo­dów. Dolegliwości więk­szych i mniej­szych z tego powodu jest sporo, opo­wia­da­cie o nich znie­cier­pli­wieni. Sprawdzacie jedze­nie po wie­lo­kroć, zapew­nia­cie, że cie­płe gacie i skar­petki były, więc w czym rzecz? A no w tym, że zapo­mi­namy, że walą w nas poci­ski (jak z kałasz­ni­kowa) naszych emo­cjo­nal­nych myśli, reak­cji, zacho­wań, dając nie­złą zadymę, wyze­ro­wu­jąc z energii.

Przerobiliśmy jedze­nie, goto­wa­nie. Potrafimy dosko­nale rów­no­wa­żyć, dosma­ko­wy­wać, radzić sobie z codzien­nymi potrze­bami i ocze­ki­wa­niami rodziny.Przerobiliśmy też zimno, jego skryte i nisz­czące dzia­ła­nie. Staramy się o nim pamię­tać. Tak, nasza Kuchnia PP daje nam solidny fun­da­ment, na któ­rym możemy budo­wać swą nową świa­do­mość, z mądro­ścią i uwagą akcep­tu­jąc codzien­ność. Sami przy­zna­cie, że jest nam łatwiej.

No i przy­szła kolej na emo­cje, na poukła­da­nie się z nimi — zro­zu­mie­nie i zaak­cep­to­wa­nie — czyli ich zra­cjo­na­li­zo­wa­nie. Wówczas nasza pod­świa­do­mość nie będzie prze­past­nym zbior­ni­kiem bólu i cier­pie­nia, lecz tajemną szka­tułką wypeł­nioną wyda­rze­niami, które nas stwo­rzyły takimi, jacy dziś jeste­śmy a wspo­mnie­nia nie będą już dla nas mroczne.

W tym naszym prze­mie­nia­niu (które już trwa!) pamię­tajmy, czy jeste­śmy jin, czy jang i wła­ści­wie zarzą­dzajmy naszymi zasobami/darami/talentami :))  liczę na Was!!

Kochani, o rze­pie jutro, hej! Śpij­cie dobrze :))

 

 

 

Daj to, czego Ci nie ubędzie

Jin to mate­ria, jang to ener­gia. Jin jest kobietą, jang męż­czy­zną. Jin jest formą dla jang i jego moc może się prze­ja­wić w kobie­cie jako piękno. Jang oży­wia jin, nadaje cha­rak­ter. Jin dając buduje jang — jang dając buduje jin. Kobieta dając swą miłość męż­czyź­nie, buduje jego moc. Mężczyzna dając kobie­cie moc, buduje jej miłość. Kobieta, Ziemia — daje miłość, rodzi, karmi, dba, wycho­wuje, trosz­czy się. Daje wszyst­kim, nie­za­leż­nie od koloru skóry, cha­rak­teru, zamoż­no­ści — taka jest Matka Ziemia. Czy kobieta potrafi tak kochać? Bez ale, bez Roszczeniowca? Potrafimy akcep­to­wać, jak Ta Nasza Ziemia i Ten Tam Na Górze??? Wszystkich jak leci?

Dziewczyny, czy my pamię­tamy, czy wiemy, że tak trzeba! Że nigdy nam nie ubę­dzie, bo mamy w swoim sercu nie­skoń­czoną miłość, łagod­ność. Chcesz, aby on ci dał, bo ty zawsze dajesz? Nic z tego, on nie ma! Jang jest pusty, to tylko moc, ener­gia! Możesz — stwa­rza­jąc wła­ściwą formę swo­jej miło­ści i czu­ło­ści dla niego — zyskać jego moc, a jego tak wypeł­nić miło­ścią, czu­ło­ścią i cał­ko­witą akcep­ta­cją, że facet będzie dawał to, czego nie ma, czyli czu­łość i odda­nie. Jego siła i moc (walka) prze­mieni się w sercu w miłość i współ­od­czu­wa­nie. Ale — dziew­czyny, kobiety, baby -  to my musimy naj­pierw zewrzeć sze­regi i zro­bić, co trzeba. Tylko mi nie mów­cie, że to nie takie pro­ste. Wiem, też to prze­ra­biam. Jeżeli chce­cie wie­dzieć, to się opłaca!!!

Dlaczego o tym dzi­siaj piszę? Bo czuję, widzę, sły­szę, że zacie­śnia się czas XXI wieku. Nie ma odwrotu od naszego prze­mie­nia­nia i prze­bu­dze­nia. Sprawy wojen, zabi­ja­nia, okru­cień­stwa, przy­bie­rają szcze­gól­nego wyrazu. Mam wra­że­nie, że wszel­kie pato­lo­gie naro­dowe w całej Unii i nie tylko, przy­brały na sile i wyle­wają się jak z szamba. Nasz opór, nasze obu­rze­nie, sprze­ciw nic nie pomogą, to się musi doko­nać i wypa­lić.  Musimy dać sobie przy­zwo­le­nie na to, co się dzieje. Róbmy swoje, a mamy jak w banku, że będzie dobrze. Mamy z sie­bie wyle­wać dobro, cie­pło i miłość.

PS. Najbliższy pościk będzie o czar­nej rze­pie — jak będzie­cie grzeczne.

Jak żyć… 14 listopad 2015!

Czujesz sztyw­ność ciała, prze­ra­że­nie, obu­rze­nie, strach, wście­kłość, agre­sję, chęć odwetu, zemsty — zguba!

Powściągnij się za wszelką cenę!

Daj Sobie, Ziemi i Innym

Mądrość, spo­kój, cier­pli­wość, zro­zu­mie­nie, akcep­ta­cję, dobroć, miłość, ufność

Zrób to!

Jesteś Mądrością

Jesteś Miłością

Jesteś Dobrocią

Jakby kto pytał, ku pokrze­pie­niu naszych serc :)  bądźmy dla sie­bie dobrzy!

 

 

Myśli poranne, słoneczne, jesienne

Budzisz  się. Jesteś Tu i Teraz. Wczoraj już nie ma, Jutra jesz­cze nie ma. Jest Nowa Chwila i Ty.

Twoje Życie to same Nowe Chwile! Rozkoszuj się każdą i wypeł­niaj dzia­ła­niem i myślami pły­ną­cymi z serca, dostra­jaj do ener­gii zgody, przy­tu­le­nia, uśmie­chu, łagodności.

Gdziekolwiek jesteś,  każdy impuls  myśli i dzia­ła­nia wypły­wa­jący z Twego serca popro­wa­dzi Cię do wła­ści­wego miej­sca, we wła­ści­wym cza­sie i okolicznościach.

Bo to Energia Miłości właśnie :))

 

Jesienna czujność

Uwielbiam jesień. Jeżeli wio­sna mnie zaska­kuje, intry­guje, uak­tyw­nia, to jesień  dźwię­czy, sze­le­ści, szumi, uspakaja.

Z każ­dej pory roku możemy wyła­py­wać tajem­nice i reguły ener­ge­tyczne. Pozwoliłoby to na jako takie, bez­bo­le­sne zali­cza­nie owego czasu, bez zbęd­nych, zdro­wot­nych utar­czek. I powinni z tego korzy­stać wszy­scy, nie­za­leż­nie od spo­sobu odży­wia­nia, bowiem życie nie toczy się w oddziel­nych her­me­tycz­nych kap­su­łach, lecz two­rzymy jed­ność ze wszyst­kim i z wszyst­kimi, na dobre i na złe. Jeżeli jemy, co chcemy (mamy prawo,wolna wola), to owe reguły i prawa i tak są dla wszyst­kich i dzia­łają na wszyst­kich, czy tego chcemy czy nie. Każda istota na Ziemi ulega wpły­wowi reguł i zasad Porządku.

No dobrze. To co jemy  jesie­nią??? Skoro ener­gia jesieni cią­gnie w dół do ziemi i ma cechy roz­ża­lo­nego smu­tasa, bez chęci do życia, powin­ni­śmy mądrze kom­bi­no­wać, aby ener­gia nie wymknęła się spod kon­troli. Przypomnę, co nas może jesie­nią zdo­ło­wać i oto­czyć szczel­nym smut­kiem i bez­na­dzieją — nie­winne kala­fiory, kala­repa, bro­kuły, kapu­sta, zupa sele­rowa, leczo z pomi­do­rami, pomi­dory, jabłka, śliwki, grzyby, ziem­niaki. Produkty te zja­dane w nad­mia­rze, czę­sto i bez środ­ków ochron­nych takich jak imbi­rówka, przy­prawy, rosoły, ener­ge­tyczne dusze­niny  oraz bez  powścią­gli­wo­ści, czy­nią z nas istoty naprawdę mało atrak­cyjne — łagod­nie rzecz ujmując :))

Jeżeli chcę poroz­ra­biać, muszę zadbać o bazę. Muszę mieć coś wła­ści­wego, co zjem przed lub po skoku w bok. Korcą mnie jarzynki obsma­żane na patelni — kaba­czek, papryka, sza­lotka, zakwa­szone cytryną, octem bal­sa­micz­nym lub cza­sami odro­bią kon­cen­tratu pomi­do­ro­wego (pomi­do­rów nie mie­wam, kie­dyś opo­wiem dla­czego), popie­przone mie­szanką do kieł­ba­sek. I rzecz w tym, że nie mogę zjeść tego sma­ko­łyka za dużo na raz, za czę­sto i z byle czym (wia­domo, jarzyny są zawsze jin i niosą mało czi nawet, gdy są goto­wane lub duszone). Można się rato­wać imbi­rówką, ale na samej imbi­rówce nie uje­dziemy. Potrzebne jest paliwo, które dostar­czy i ener­gię (czi), i cie­pło (jang), imbi­rówka zaś tylko poru­sza i rozprasza.

Kalafiory lubię bar­dzo, ale nie­stety, jestem po nich przy­mu­lona, mimo że gotuję z imbi­rem i zja­dam z masłem, z imbi­rem i bułką tartą. Po pysz­nej zupie kala­fio­ro­wej też i po każ­dej zupie jarzy­no­wej. Więc zostają rosoły i zimówki, gula­sze i dusze­niny. I mój spo­sób jest taki — rano, w połu­dnie i na kola­cję zja­dam coś moc­niej­szego, nato­miast sma­ko­łyki po okruszku, pomię­dzy. Oczywiście, można kala­fior czy bro­kuł podać do kotleta, rumsz­tyka czy bef­sztyka i ziem­nia­ków, ale nale­ża­łoby dodać wów­czas jesz­cze coś ostrego, bo danie będzie mdłe, np. ogórki po syczu­ań­sku :)

I jesz­cze jedno, bar­dzo ważne! Nie stale ziem­niaki! Są wil­go­cio­twór­cze, puchną po nich nogi. Więc raz pyrki, raz kasza, ryż, pyrki, maka­ron (cza­niecki oczy­wi­ście!), ryż, kopytka itd.

Polecam ryże, któ­rych jest na rynku całe mnó­stwo — Basmati, słodki, czer­wony, brą­zowy, dziki, czarny. Do garnka cięż­kiego z gru­bym dnem na ogniu, wle­wamy parę łyżek oliwy lub oleju oraz wsy­pu­jemy ryż np. brą­zowy 2 woreczki i 1 dziki i pod­sma­żamy mie­sza­jąc, na dru­giej patelni pod­sma­żamy i  doda­jemy 2 duże pokro­jone cebule i 10 dag boczku wędzo­nego oraz puszkę czer­wo­nej fasoli bez zalewy, łyżeczkę soli i łyżeczkę warzywka lub sosu sojo­wego, łyżeczkę cytryny lub octu, 1/4 łyżeczki kur­kumy, wrzątku 2 miarki ilo­ści ryżu, łyżeczkę kminku i pie­prze wg uzna­nia — po 1/2 łyżeczki chili i czar­nego, zamie­szać, zago­to­wać, przy­kryć, ści­szyć gaz i niech mruga ok. godziny. Do pie­kar­nika, gdy nie mamy płytki. Taki ryż, gdy dodamy resztki mięsa z wczo­raj­szego obiadu, będzie peł­nym daniem. Natomiast bez mięsa ide­al­nie sma­kuje do wszyst­kiego. I do gula­szu, dusze­niny, szny­cel­ków, duszo­nych jarzy­nek, sma­kuje z ziem­nia­kami, z maka­ro­nem i sam! Fasole może­cie doda­wać różne, nie powinno być za suche. Wiem, wiem, już sły­szę te krzyki — ryż??? Odpowiem na wszyst­kie pyta­nia! Ale nie przesadzajcie :))

Żegnaj lato na rok …

No nie­stety, lato mamy z głowy. Dało nam tym razem do wiwatu. Najpierw się ocią­gało, by potem rzu­cić nas na roz­pa­lony ruszt. Trudno było funk­cjo­no­wać bez zdro­wo­roz­sąd­ko­wej dys­cy­pliny. Oj wiemy, jak takie chwile potra­fią nas zbałamucić.

Zróbmy więc ana­lizę czasu let­niego, aby w porę zła­go­dzić straty. Usiądźmy z ołów­kiem i spiszmy potul­nie, co trzeba. Tylko się nie tar­guj­cie, wszel­kie skargi kie­ruj­cie do Wyższej Instancji, bo ja wyko­nuję tylko swoją robotę :))

Z roz­mów z czy­tel­ni­kami i gotu­ją­cymi już wiele lat pepo­wymi wyja­da­czami — które codzien­nie pro­wa­dzę — zawsze otrzy­muję potwier­dze­nie, że dys­cy­plina to pod­stawa dla zacho­wa­nia względ­nego zdro­wia, czyli rów­no­wagi fizycz­nej, emo­cjo­nal­nej i umy­sło­wej. Ale dys­cy­plina, która czer­pie swą moc z naszej Kuchni PP!  Bo jedy­nie w naszej Kuchni pod­kre­ślam wagę natury pro­duk­tów, potraw i wagę utrzy­ma­nia narzą­dów we wła­ści­wej kon­dy­cji fizjo­lo­gicz­nej (i ter­micz­nej) oraz koniecz­ność doda­wa­nia przy­praw. W innych inter­pre­ta­cjach zasady jin-jang i reguły pię­ciu prze­mian nie znaj­du­jemy zro­zu­mie­nia problemu.

Moje wie­lo­let­nie doświad­cze­nie potwier­dza, że cho­roby budują się w orga­ni­zmach zim­nych, z narzą­dami nie­do­czyn­nymi. Wiemy już, jakie czyn­niki sprzy­jają wychło­dze­niu i nie­do­czyn­no­ści narzą­dów. Są to prze­ma­rza­nie, prze­mę­cze­nie, nie­od­po­wied­nie poży­wie­nie i stres.

Dlaczego o tym piszę teraz, na początku jesieni, gdy za oknem w cie­niu + 35 stopni, więc lato! Zależy mi, aby­ście zro­bili mądry bilans lata, okresu szcze­gól­nego dla naszej tęży­zny. Właśnie latem jest czas łado­wa­nia aku­mu­la­to­rów cie­płem i ener­gią, dogrze­wa­nia jelit, uak­tyw­nia­nia krą­że­nia. Dzieje się jed­nak ina­czej. Wciąż jest w nas irra­cjo­nalny lęk przed prze­grza­niem, odwod­nie­niem, nie­do­bo­rem wita­min, wap­nia. Trwając w takim sche­ma­cie dajemy przy­zwo­le­nie na bała­gan i pato­lo­gię. Nieświadomie sprzy­jamy two­rze­niu się zasto­jów krą­że­nio­wych, śluzu, nie­do­czyn­no­ści narzą­do­wej i wychło­dze­niu, budo­wa­nia cho­rób zimna oraz sprawa naj­waż­niej­sza — zezwa­la­jąc na nie­do­czyn­ność narzą­dów i zimno dajemy zgodę na wysy­cha­nie naszego orga­ni­zmu (nie­do­bór jin). Chcąc odbu­do­wać jin MUSIMY zadbać o jang i czi, czyli cie­pło i ener­gię, ina­czej pogłę­bimy wychłodzenie.

W orga­ni­zmie z sucho­ścią wątroby może poja­wić się fał­szywy ogień, ale jego pra­przy­czyną nie jest prze­grza­nie (goto­wa­nie, przy­prawy), a wła­śnie nie­do­czyn­ność narzą­dów i zimno w organizmie.

Czy służą nam owoce, lody, surówki, jogurty, chłod­niki, litry wody, sami sobie odpo­wiedzmy. Gdzie mamy wów­czas ener­gię, jak cho­dzą nasze nogi? Znikający opty­mizm robi miej­sce postę­pu­ją­cemu pesy­mi­zmowi, a bóle nagle się poja­wia­jące, to brak odpor­no­ści czy zbli­ża­jąca się sta­rość, płytki oddech, zadyszka to serce czy śluz w płu­cach? Krzyczycie, że Bozia dała i nie wolno?  Nie cho­dzi o zakazy, ale o zna­le­zie­nie swo­jego wła­snego zło­tego środka :))

Słowo złapane w codziennym kołowrocie

Mądrość — “Noszę w sobie spo­kój, aby akcep­to­wać rze­czy, któ­rych nie mogę zmie­nić, odwagę, aby zmie­niać rze­czy, na które mam wpływ, oraz mądrość, aby odróż­niać te dwa rodzaje rze­czy od siebie”